Wstęp


Nijak nie mogłem zebrać się do napisania przynajmniej kilku zdań relacji z 37. PZU Maratonu Warszawskiego. Nie wiem czym mam wytłumaczyć brak weny… Niby życiówka, niby bardzo miło będę wspominał ten maraton, a jednak zmuszam się do nabazgrania paru słów…. Po wielkim rozgoryczeniu jakim był brak startu (kontuzja kolana) na wiosnę na Orlen Maratonie w stolicy, postanowiłem spróbować swych sił na królewskim dystansie na jesieni.

 

Wszystko oczywiście uzależnione było od zdrowia. Trochę bałem się, czy kolano wytrzyma długie przygotowania. Miesiąc pauzy z bieganiem od połowy stycznia do połowy lutego i potem spokojny powrót do biegania. Starty na 5, 10 kilometrów i mały kilometraż tygodniowy pozwalały biegać bez jakiegokolwiek bólu. Od półmaratonu w Adamowie na początku lipca zacząłem przygotowania konkretnie pod maraton. Wszystko szło ok, nie było większych dolegliwości, kolano sprawowało się dobrze, a treningi też nastrajały optymistycznie. Byłem dobrej myśli. Jeszcze nie byłem gotowy na „łamanie” 3h, ale życiówka 03:20:07 była spokojnie do „łyknięcia”.
Tydzień przed warszawskim maratonem morale jeszcze bardziej wzrosło – 38:35 na 10km w Dęblinie. Wszystko szło jak po sznurku i wiedziałem, że jak się nic nie wydarzy 27 września, to spokojnie pobiegnę szybciej niż te 3:20:07. Jednak wydarzyło się-nie w dniu maratonu, ale parę dni wcześniej. Ostatni tydzień to już praktycznie odpoczynek, a mnie zaczęło coś drapać w gardle i czułem zbliżające się przeziębienie. Czułem się źle, a jak w sobotę sprawdziłem termometr to okazało się, że mam stan podgorączkowy… W tej chwili nie wyobrażałem sobie przebiegnięcia 42km, a co dopiero biegu w odpowiednim tempie… Rozważałem, czy w ogóle wystartować…(Adam dzięki za telefon i mobilizację). Już było mi wszystko jedno, nie myślałem o maratonie, tylko cały czas „dobijało” mnie złe samopoczucie i pociąganie nosem. Domowymi sposobami jakoś doprowadziłem się do porządku i jak wstałem po 4 rano w niedzielę 27 września to czułem się w miarę dobrze. Jednak wiedziałem, że ostatnie dni musiały wpłynąć na obecną formę.
Pogoda zapowiadała się dobra – słonecznie, ale nie gorąco. Martwił tylko zapowiadany dosyć spory wiatr.

 

<10km


Razem z kolegą Emilem ustawiliśmy się na końcu grupy 3:00 tuz przed balonikami na 3:10. Pierwsze kilometry w założeniu miały być spokojne, potem wejście na właściwe obroty. Muszę przyznać, że start w nowym miejscu – tym razem nie na moście Poniatowskiego nie zrobił już na mnie takiego wrażenia. Niby leciał „Sen o Warszawie” Niemena, niby podobnie, ale jakoś tak inaczej, bez dreszczyku – przynajmniej w moim odczuciu.
Pierwsze 2 kilometry biegu planowo – troszkę wolniej niż zakładane tempo maratonu. Czuję, że jest ok, nogi niosą – można powiedzieć lekko, łatwo i przyjemnie:). Po 5km 22:47 i lekko przyspieszam. O tej części biegu niewiele można powiedzieć, bo jest …. nudno. Prawdę powiedziawszy to tak ma być, jeśli coś się dzieje to zwiastuje spory problem w dalszej części dystansu. Mijam 10 kilometr z czasem 44:55. Cały czas lekko, z dużo rezerwą.

 

10-20km

 

Kolejne kilometry mijają bez „większego echa”. 15 kilometr, a na zegarze 01:07:04 co dawało prognozowany czas na mecie około 03:08:28. Wciągam pierwszy żel energetyczny.Kontrolna lampka zapaliła mi się gdzieś koło 17 kilometra trasy. Poczułem lekkie, bardzo lekkie ukłucia w prawej łydce – coś jakby początki skurczów.

 

Ja i skurcze?! Przecież mnie nigdy to nie spotkało podczas biegu!

 

Nie dopuszczam tej sytuacji do myśli. Dalej biegłem w swoim tempie i „wsłuchiwałem” się w te „zgrzyty” w nodze. W miarę upływu kolejnych kilometrów staram się sukcesywnie po troszeczku przyspieszać. Połowę dystansu mijam z czasem 01:33:44. Lekkie zmęczenie już odczuwam, ale najważniejsze, że noga pracuje ok.

 

Czyżby wcześniejsze dolegliwości to psikus od głowy?

 

21-30km

 

Na tym etapie Emil zaczął mi powolutku odjeżdżać… Niby do 25km cały czas ja też bardzo lekko przyspieszałem, ale bałem się zrobić to mocniej.
Mniej więcej od 22km trasy zrobiło się ciężkawo… Wałem wzdłuż Wisły aż do Kępy Potockiej wiało cały czas w twarz. Teren odkryty, biegaczy mało, nie za bardzo było gdzie się schować, nie miałem w pobliżu większej grupy zawodników. Musze przyznać, że ten odcinek chyba był kluczowy w całym biegu, dał mi mocno w kość i nadwątlił siły. 25 kilometr w czasie 01:50:58, średnie tempo 4:26, co dawało prognozowany czas 03:07:04. Tempo jeszcze trzymałem, ale kosztowało mnie to dużo zdrowia. W tym czasie biorę też 3 żel (drugi zjadłem po 20km trasy), już tak troszkę z przymusem, bo żołądek średnio potrzebował teraz czegokolwiek. Na każdym punkcie z wodą, czyli mniej więcej co 2,5km biorę kubek i piję 2-3 łyki-resztę na głowę. Gorąco nie jest, ale słońce robi swoje i „podgrzewa” atmosferę. Obiegamy zieloną Kępę Potocką, wszędzie sporo kibiców, jeszcze gdzieś tam mam siłę i ochotę przybijać piątki. Na około 26km mijamy się z zawodnikami, którzy są już na 32 kilometrze. Widzę Bartosza Olszewskiego, krzyczę, próbuję dodać mu sił, chociaż sam też ich potrzebuję… Czołowi zawodnicy przebiegają przez niebieską bramę z wymownym napisem: „32 km-bieg się rozpoczyna…” Nic dodać nic ująć – cała prawda o maratonie…., a ja dopiero na 26…. 29 i 30 kilometr zmieniamy kierunek biegu i wiatr już tak nie przeszkadza… Wreszcie chwila odpoczynku nawet przy zwiększonym tempie biegu do około 4:22min/km.

 mwa15 01 mtr 20150927 115613 1

31- 40km

 

30km w czasie 02:13:40, średnie tempo 4:27min/km.
Kolejny kilometr jeszcze w tempie zbliżonym do 4:20min/km, ale dalej już tempo zaczęło mi powolutku spadać… Czułem już mocno przebyty dystans, kilkukilometrowy odcinek pod wiatr zrobił swoje. Zbliżaliśmy się do ul. Sanguszki – tam spodziewałem się największego kilkusetmetrowego podbiegu. Nie była to może Agrykola, ale skutecznie spowolnił ten 34 kilometr – 4:43min/km. Od tego momentu nie miałem za bardzo jak przyspieszyć. Jak analizuję ten maraton to wiem, że w tym momencie „wysiadła” mi głowa. Było już ciężko, czworogłowe bardzo bolały i poddałem się… Biegłem dalej tempem pomiędzy 4:35-4:45min/km. Była to dla mnie w tym momencie prędkość komfortowa (jeśli tak można powiedzieć), wiedziałem, że jeśli nic więcej nie wydarzy się to dociągnę do końca w tym tempie. Zamiast próbować za wszelką cenę walczyć z głową, to odpuściłem praktycznie bez walki..stąd mam lekki niedosyt…. Jeszcze na tym etapie postanowiłem spożyć ostatni (czwarty) żel. Można powiedzieć, że zrobiłem to na siłę, bo żołądek to już był poprzewracany konkretnie. Liczyłem tylko na to, że na koniec nie będę musiał robić pit-stopu gdzieś w niebiesko – białej budce….
35 kilometrów mija w czasie 02:36:22, średnie tempo 4:28min/km.
Od 35 do 39 kilometra niewiele pamiętam z trasy. Przypominam sobie tylko Pawła na 38 kilometrze, który jeszcze zagrzewał mnie do walki:

 

„Artur spokojnie łamiesz 3:10”.

 

Spokojnie to raczej nie było.

 

>40km

 

W pewnym momencie odwróciłem się i jakieś 100m za mną dojrzałem „zajączka” na 3:10…Od tego momentu głowa już mnie nie obchodziła-zacząłem w końcu walczyć. Powiedziałem sobie tylko:

 

„O nieeee – te baloniki nie wyprzedzą mnie – nie ma szans..”

 

Żeby tak się stało wiedziałem , że na ostatnich 3km muszę podkręcić tempo-szybciej niż te 4:40min/km. W okolicach 41km usłyszałem głośne krzyki w moim kierunku… Przyznam się, że łzy stanęły mi w oczach, może troszkę z bólu, ale przede wszystkich chyba ze wzruszenia… To niezawodni kibice z biegusiem.pl próbowali dodać mi jeszcze sił. Kornelia, Arek, Kamil, Krzysiek wskoczyli na trasę i mimo, że ciut wcześniej ścigali się na 5km to teraz biegli razem ze mną cały czas motywując. To co wtedy czułem jest nie do opisania. Arek „ciągnął” mnie prawie do samego stadionu cały czas opieprzając, że biegnę za wolno, że muszę przyspieszyć. Dziękuję Wam za to. Dziękuję też innym kibicom z naszej grupy, którzy wspaniale dopingowali mnie na wcześniejszych kilometrach trasy.
W tym momencie biegłem już na oparach. Arek zmuszony był zostawić mnie na jakieś 800m przed metą. Wydaje mi się, że jeszcze przyspieszyłem. Wiedziałem, że „zając” na 3:10 już na 100% mnie nie dogoni, ale tą końcówką jakbym chciał zrekompensować „przespaną” wcześniejszą cześć dystansu. Już byłem na terenie stadionu, pamiętam jeszcze tabliczkę „400m-ogień”. 42 kilometr maratonu miałem prawie najszybszy – 4:19min/km, a ostatnie 600m to już ile sił w nogach, tempo poniżej 3:45. Znów cudowne uczucie na płycie Stadionu Narodowego, ostatnia prosta przy brawach kibiców, ostatnie zerknięcie na zegar na mecie – jest brutto poniżej 3:10…upragniona meta. To był mój zdecydowanie najlepszy maraton.

 

.mwa15 05 mz 20150927 120827

Oficjalnie 03:09:29 i 303 m-ce na 6510 osób

Kalendarz wydarzeń

Listopad 2017
P W Ś C P S N
1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30
  • nasze biegi
  • polecane biegi
listopad24

Polecamy również

grudzień03
Charytatywny Bieg Mikołajów
Park Czartoryskich w Puławach

Ostatnio na forum

Wejdź na forum

Joomla Module OT Client Logos Scroller powered by OmegaTheme.com